Aktualności · Gmina Choszczno
Petycja zasadna. Wiatraki jadą dalej.
Rada uznała petycje za zasadne, a procedura wiatraków i biogazowni jedzie dalej. Mieszkańcy widzą różnicę między uznaniem petycji a zrealizowaniem płynących z niej wniosków.
W Choszcznie wymyślono nowy rodzaj demokracji. Mieszkańcy mówią „nie”. Rada odpowiada: macie rację. A procedura jedzie dalej.
Piękne. Tak piękne, że aż trudno się nie uśmiechnąć.
Ludzie napisali petycje. Zebrali podpisy. Chodzili od domu do domu. Tłumaczyli sąsiadom, o co chodzi. Nie przyszli z kaprysem. Nie przyszli z plotką. Nie przyszli z polityczną zabawą. Przyszli z konkretnym sprzeciwem.
- Nie chcemy wielkich wiatraków pod domami.
- Nie chcemy biogazowni przy naszych miejscowościach.
- Nie chcemy przemysłowych instalacji OZE tam, gdzie dziś są pola, domy, drogi, szkoły i normalne życie.
A Rada odpowiedziała:
petycja zasadna.
I tu można by bić brawo. Tylko że człowiek czyta dalej. Raz. Drugi raz. Trzeci raz. I zaczyna widzieć sztuczkę.
Bo petycja jest zasadna, ale wiatraki z procedury nie znikają. Petycja jest zasadna, ale biogazownia z procedury nie znika. Petycja jest zasadna, ale nikt nie mówi: koniec, mieszkańcy mają rację, tego kierunku nie będzie.
Nie. Zamiast decyzji dostajemy samorządową watę cukrową.
- Analizy.
- Opinie.
- Uzgodnienia.
- Konsultacje.
- Dalsze etapy.
- Rozważenie.
- Uwzględnienie.
- Przekazanie.
Czyli wszystko. Tylko nie to, o co mieszkańcy prosili.
To wygląda tak, jakby ktoś powiedział ludziom:
macie rację, a teraz proszę się odsunąć, bo procedura musi przejechać.
I tu kończy się zabawa słowami
Zaczyna się pytanie. Skoro mieszkańcy mają rację, to dlaczego sprawa nie została zatrzymana? Skoro obawy są zasadne, to dlaczego Rada nie wyklucza tych inwestycji z planów? Skoro głos ludzi jest ważny, to dlaczego wygląda na ważny tylko wtedy, gdy nie przeszkadza w dalszym pchaniu sprawy?
Bo coraz trudniej udawać, że chodzi tu wyłącznie o dobro gminy.
Gdyby chodziło o dobro mieszkańców, ktoś powiedziałby: zatrzymajmy się, bo skala sprzeciwu jest poważna. Gdyby chodziło o budżet, ktoś pokazałby pełny rachunek. Nie hasła. Rachunek.
- Ile gmina zyska?
- Ile może stracić?
- Jaki będzie wpływ na subwencję?
- Jaki będzie wpływ na wartość nieruchomości?
- Jaki będzie wpływ na rozwój wsi?
- Jaki będzie koszt społeczny, krajobrazowy i ludzki?
Gdyby chodziło o uczciwe planowanie, najpierw byłaby rozmowa z mieszkańcami, a dopiero potem rysowanie przyszłości na mapach. A tu mamy coś innego. Mamy tempo. Mamy procedurę. Mamy piękne słowa. I mamy mieszkańców, którym próbuje się sprzedać słowo „zasadne” jako sukces.
Nie jesteśmy idiotami
Widzimy różnicę między uznaniem petycji a spełnieniem jej żądań. Widzimy różnicę między wysłuchaniem ludzi a przepchnięciem sprawy przez kolejne etapy. Widzimy różnicę między konsultacjami a dekoracją konsultacyjną.
Bo jeśli na końcu i tak ma się stać to, co ktoś zaplanował na początku, to nie są konsultacje. To jest teatr. A w tym teatrze mieszkańcom najwyraźniej wyznaczono rolę publiczności.
- Możecie przyjść.
- Możecie posłuchać.
- Możecie pokiwać głową.
- Możecie złożyć uwagę do protokołu.
- Możecie wrócić do domu.
A potem decyzja i tak pojedzie swoim torem. Tylko że publiczność zaczęła czytać scenariusz. I zobaczyła, że coś się nie zgadza.
Normalna odpowiedź na zasadną petycję powinna brzmieć:
macie rację, zmieniamy kierunek.
A tutaj brzmi inaczej:
macie rację, wpiszemy waszą rację do dokumentów i jedziemy dalej.
To już nie wygląda jak dialog. To wygląda jak dobrze wyćwiczona metoda: przyznać mieszkańcom rację tak, żeby nic z tej racji nie wynikło.
Domy, pola, krajobraz
Piasecznik, Radaczewo, Bonin, Suliszewo, Raduń, Wardyń, Chełpa, Korytowo i kolejne miejscowości nie bronią abstrakcji. Bronią:
- domów,
- pól,
- krajobrazu,
- wartości swojego dorobku,
- prawa do spokojnego życia,
- tego, czego nie da się potem odkupić jednym wpływem do budżetu.
A mimo to ktoś dalej prowadzi sprawę tak, jakby wiatraki musiały być. Jakby nie było innej drogi. Jakby decyzja już dawno zapadła, a teraz trzeba tylko przeprowadzić mieszkańców przez procedurę, żeby wszystko wyglądało poprawnie.
Komu aż tak bardzo na tym zależy?
Bo jeśli mieszkańcy mówią „nie”, petycje są uznawane za zasadne, obawy są poważne, konflikt społeczny narasta, a mimo to sprawa nie zostaje zatrzymana, to każdy rozsądny człowiek zaczyna pytać: czy tu naprawdę chodzi o dobro gminy? Czy naprawdę chodzi o budżet? Czy może o interes, o którym mieszkańcom nikt nie mówi wprost?
Nie trzeba krzyczeć. Wystarczy patrzeć na fakty.
- Petycje: zasadne.
- Żądania mieszkańców: niewykonane.
- Procedura: nadal otwarta.
- Inwestycje: nadal możliwe.
I to jest cała prawda ukryta pod urzędowym językiem.
„Zasadne” bez decyzji to odmowa
Dlatego mieszkańcy nie powinni dać się uśpić słowem „zasadne”. Bo „zasadne” bez decyzji jest tylko uprzejmą odmową. „Zasadne” bez skutku jest papierową zasłoną. „Zasadne” bez ochrony mieszkańców znaczy w praktyce:
macie rację, ale my i tak możemy zrobić swoje.
A na to zgody być nie może.
Jeżeli radni naprawdę uznali petycje za zasadne, niech pokażą to głosowaniem, decyzją i konkretnym zapisem — nie formułką, nie konsultacją po fakcie, nie kolejnym etapem procedury. Decyzją.
Bo mieszkańcy Gminy Choszczno nie pytają już, czy ktoś ich wysłuchał. Pytają, kto mimo tego słuchania dalej pcha tę sprawę do przodu. I dlaczego.